Samodzielny przedszkolak ma prawo się bronić
Czy pozwalać dziecku bić innych w obronie własnej? Jak rozmawiać z nim o przemocy? Jak nauczyć dziecko asertywności? I dlaczego aikido to najlepsza sztuka walki dla przedszkolaków?



Dwoje dzieci. Jedno ryczy wniebogłosy, drugie ma minkę oburzoną i zaciętą. Po krótkim dochodzeniu okazuje się, że jedno z nich „zaczęło”, a drugie odepchnęło agresora. I co teraz? Po czyjej stronie leży „wina”? Czy uczyć dziecko, że może bić i popychać innych w obronie własnej?


Dziecko ma prawo się bronić

Tego uczymy naszego Syna. Tego samego uczą go nauczyciele w przedszkolu. Podobne podejście ma wielu rodziców na placach zabaw – bardzo mnie to cieszy.

Dziecko, które nie oddaje (bo przecież mama mówiła, że nie wolno nikogo bić) – to smutny widok.

Jeszcze jakiś czas temu było inaczej: w dzieciństwie uczono nas, żeby nadstawiać drugi policzek. Żeby nie „oddawać”, bo to brzydko. A chłopcom powtarzano, że niezależnie od sytuacji „dziewczynki nie można uderzyć nawet kwiatkiem”. Pamiętacie?

Kiedy Mąż chodził do przedszkola, regularnie był karany za to, że dawał się sprowokować innym dzieciom. Mąż do dziś pamięta to potworne poczucie niesprawiedliwości, kiedy jedna z jego przedszkolnych wychowawczyń niemal codziennie powtarzała: „To na pewno znów ten Hanolajnen!”


Trzeba było nie zaczynać!

Dlaczego poruszam ten temat? W tym tygodniu na placu zabaw pewien chłopiec notorycznie atakował naszego syna. Obserwowaliśmy tę sytuację z Mężem z pewnej odległości.

Chłopiec zbierał się w sobie, rozpędzał i rzucał z pięściami, a Romek stał niewzruszony… „Zaraz oberwie” – szeptaliśmy z Mężem między sobą. Tymczasem syn czekał do ostatniej chwili, po czym jednym szybkim ruchem blokował atak Nawet nie odpychał agresora, po prostu wyprostował ramiona w jego kierunku. Rozpędzony chłopiec odbił się od nich zaskoczony, przewrócił na piasek i zaczął płakać.

Ktoś kto wkroczyłby w tej chwili, mógłby stwierdzić: ten, który płacze jest ofiarą, a ten który nie płacze jest oprawcą.
I gdzie tu sprawiedliwość?

Matka chłopca na szczęście reagowała rozsądnie – za każdym razem powtarzała: „Trzeba było nie zaczynać”.

Nasz Syn nie jest świętoszkiem. Jednak tym razem zachował się w porządku. Po powrocie do domu całą sytuację skomentował słowami: „Nie jozumiem co ten chłopiec miał na myśli. Ja mu przecież nie przeszkadzałem”.

Pewnie pomyślicie teraz o mnie: „Typowa matka zapatrzone w swoje dziecko. W odwrotnej sytuacji śpiewałaby inaczej!” Ale nie. Gdyby to Romek kogoś zaatakował i oberwał, starałbym się nabrać dystansu i również być fair.


Przemoc rodzi przemoc

W takich sytuacjach przypominamy Romkowi, że przemoc sama w sobie jest nie w porządku, jednak gdy ktoś go atakuje, ma prawo się bronić. Ma prawo do nienaruszalności cielesnej. Ma prawo krzyknąć „nie chcę tego!”. Ma prawo również odepchnąć „napastnika”, lecz na tym koniec! Ciąg dalszy bójki to już zbędna przemoc.

Pewnie nie uwierzycie, bo to strasznie naiwne, ale zanim zostałam mamą, wydawało mi się, że potrafię zapewnić Romkowi dzieciństwo pozbawione przemocy. Pod każdą postacią. Wyobrażałam sobie, że moje dziecko nie będzie bawić się z kolegami w wojnę i strzelanie, nigdy na nikogo nie podniesie ręki, a wszelkie konflikty z rówieśnikami zażegna w zarodku, na drodze dyplomatycznej

Cóż, wystarczyło, że Syn poszedł do przedszkola. Z perspektywy czasu widzę, że snując te pacyfistyczne plany, byłam po prostu naiwnym, nieopierzonym żółtodziobem. Całe szczęście w porę zeszłam na ziemię. Taki ślepy, oderwany od rzeczywistości idealizm w wychowaniu, to nic dobrego. Gdy dziecko nie może się bronić, staje się łatwym celem, bezwolną ofiarą, brr!

Nadal powtarzam dziecku, że przemoc rodzi przemoc. Nadal przekazuję mu wartości, w które wierzę. Jednak mam dużo bardziej pragmatyczne i wyluzowane podejście do chłopięcych bójek i wiem już, jak ważne jest wychowanie dziecka w duchu asertywności.


Aikido – najlepsza sztuka walki dla dzieci

Nawiasem mówiąc, ciekawa jestem, gdzie Syn nauczył się tak skutecznej obrony Twierdzi, że na podwórku w przedszkolu, ale razem z Mężem podejrzewamy, że niemałą rolę odegrały tu przedszkolne zajęcia aikido.

Z mamy totalnie przeciwnej przemocy stałam się mamą, która zapisuje dziecko na sztuki walki! Dlaczego? Według rodziców starszych dzieci, to ulubione zajęcia chłopców i dziewczynek z naszego przedszkola.

Nie mam złudzeń: mojego syna czeka w przyszłości jeszcze niejedna bójka. Dlatego chcę, aby potrafił się bronić, a także, aby rozpracował pod względem etycznym swoje podejście do przemocy. Zależało mi więc, aby wybrać sztukę walki z bogatą otoczką filozoficzną, a nie jakieś zwykłe mordobicie

Dlatego, kiedy przeczytałam (w Wikipedii, a jakże!), że aikido „jak żadna inna sztuka walki kładzie nacisk na moralny i psychologiczny wymiar działań oraz na odpowiedzialność za zdrowie i życie drugiego człowieka w całym procesie treningu i walk”, a większość aikidoków skupia się na technikach obronnych, pomyślałam: to jest to!

Zajęcia w przedszkolu to oczywiście tylko nieśmiałe początki. Syn jeszcze nie potrafi opowiedzieć nam, na czym polegają lekcje. Zresztą sami wiecie jak się gada z czterolatkiem Jednak od nauczycieli wiem, że wszystko odbywa się w formie zabawy, a dzieci mimowolnie przyswajają podstawy aikido. To jedyne zajęcia dodatkowe, na które chodzi Romek, bo nie chcę przeładowywać jego grafiku


Asertywność i samodzielność

Wracając do zajścia na placu zabaw: ani my, ani mama agresywnego dziecka, celowo nie interweniowaliśmy w spięcia chłopców.

Dzieci powinny nauczyć się rozwiązywać konflikty pomiędzy sobą, zamiast w każdej sytuacji być wyręczane przez rodziców. To kwestia szacunku i wiary w kompetencje społeczne dzieci. Owszem, mogą poprosić o pomoc, mogą przyjść na skargę, lecz pierwszym odruchem powinna być samodzielność.

W pierwszej kolejności komunikat w stylu „nie chcę tego!”, czyli obrona werbalna, a w ostateczności – fizyczna. Bardzo się cieszę, że Mama chłopca z placu zabaw miała podobne podejście. W ogóle jestem pewna, że fajna z niej babka! Mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, znaleźć wiele wspólnych tematów i chodzić razem na spacery… gdyby tylko nasze dzieci chciały się razem bawić, zamiast się tłuc!

Trzymajcie się!

Renia-podpis

Chcesz być na bieżąco?
Polub blog na Facebooku:


Spodobało Ci się?
Będzie mi miło, jeśli polubisz lub 
udostępnisz ten tekst:


…albo zostawisz komentarz poniżej 
Dzięki!



To również może Cię zainteresować:



Poprzedni wpis
Następny wpis

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)

Inline
Inline