Z maluchem do kina Kobieta / Mama
Wiele matek narzeka, że po porodzie zostają uwięzione w domu i dziczeją w izolacji od społeczeństwa. Narzekają po cichu lub trochę głośniej, a czasem wręcz biadolą w internetach – tak jak ja ;) Na szczęście istnieją miejsca dedykowane rodzicom z małymi dziećmi, takie jak Multibabykino.

Multibabykino odkryłam kiedy Romek miał około 3 miesiące. Od tamtej pory prawie co tydzień chodziliśmy do kina – wspominam to jako jeden z najprzyjemniejszych rytuałów mojego urlopu macierzyńskiego.


Organizacja

Seanse leciały w poniedziałki i środy o godzinie 12:00 –  była to dla nas idealna pora, ponieważ Potomek około 12:30 miał drzemkę. Zwykle trochę się porozglądał, pomachał kończynami, poprzytulał, napił mleka i zasypiał… a ja mogłam spokojnie oglądać film!

Multikino pomyślało o wszystkim: podczas seansów dostępne były maty edukacyjne, zabawki, przewijaki i stosy pieluszek w różnych rozmiarach. Mignęły mi też kiedyś podgrzewacze do butelek, ale głowy nie dam, bo jako mama karmicielka nie musiałam z nich korzystać. Poza tym funkcjonowała specjalna szatnia dla wózków: oddawałam wózek i otrzymywałam fotelik samochodowy starego typu, służący jak nosidełko/leżaczek dla dziecka.

Ceny biletów również były przyjazne matkom spłukanym zakupami dla bobasa (bilet kosztował tylko 12 zł, podczas gdy „normalny” bilet w tygodniu to 21 zł).

Można by szukać dziury w całym, ale nie będę tego robić, ponieważ sam pomysł kina dla rodziców z dziećmi jest tak genialny i zbawienny, że drobne potknięcia organizacyjne nic nie znaczą ;) Serio, jestem ogromnie wdzięczna, że w ten sposób urozmaicić sobie urlop macierzyński. A że była to jedna z wielu naszych wypraw i rozrywek, właściwie nie miałam poczucia, że po porodzie zostałam „uwięziona w domu”.


Repertuar

Kilka słów na temat repertuaru: Multibabykino to nie filmy dla maluszków, tylko „dla dorosłych”. Poza tym jak to w sieciówkach – z wyjątkiem Bestii z południowych krain, Imagine, Kwartetu i kilku polskich tytułów, większość filmów to kino mainstreamowe, raz lepsze, raz gorsze. Jednak czy zawsze trzeba chodzić do kina na coś „ambitnego”? Śmiem twierdzić, że dla matki łaknącej kontaktu ze światem nie ma to większego znaczenia. Jedyne czego unikałam, to komedie – nie lubię się śmiać, z natury jestem ponurakiem bez krzty humoru, a komediowe gagi odbieram jako żenujące ;)

Filmy, które udało mi się obejrzeć w Multibabykinie:

  • Życie Pi
  • Musimy porozmawiać o Kevinie
  • Kwartet
  • Bestie z południowych krain
  • Imagine
  • Les Miserables
  • Mistrz
  • Poradnik pozytywnego myślenia
  • Mroczny Rycerz powstaje
  • Dziewczyna z tatuażem
  • Jesteś bogiem
  • W ciemności
  • Obława
  • Bejbi blues
  • Yuma

…i wiele innych, których tytułów już nie pamiętam – musiałabym przejrzeć listę premier z lat 2012-2013.


Wiek dziecka

Chodziłam ze Szkrabem do kina od 3 miesiąca jego życia do końca urlopu macierzyńskiego, a potem (po powrocie do pracy) zawsze, kiedy miałam wolny dzień i grali coś w miarę ciekawego. Przestaliśmy korzystać z tej przyjemności dopiero wtedy, gdy Potomek porzucił sen na rzecz chodzenia i stał się tak ruchliwy i nieobliczalny, że już nie miałam szans oglądać filmu, nawet jednym okiem.


Jak reagowały dzieci?

Niestety Multikino nie jest dla każdego. Część maluchów jest wyjątkowo wrażliwa na bodźce – te dzieci czasem bały się i płakały, zwłaszcza podczas filmów akcji. Trzeba przy tym zaznaczyć, że obsługa kina była bardzo życzliwa – na prośby Mam pracownicy ściszali dźwięk, lecz to nie zawsze wystarczało. Część Mam odwracało foteliki dzieci tyłem do ekranu. Kilka znajomych Mam w ogóle zrezygnowało z seansów, w obawie przed nadmiarem bodźców.

To tyle na dziś. Chodźcie do kina! :)
Ciao!

A to my w Multibabykinie. Wiele lat i kilogramów temu ;)

SONY DSC

Źródło zdjęcia tytułowego: Tall Tales


Wpis pochodzi z 17.12.2014 r. z mojego „starego” bloga DzikieZiemniaki.pl

Wanilia idealna
Odwyk od Nutelli

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)

Inline
Inline