Dzień Ojca. Polska – Szwecja 1:1
Skandynawski Czwartek #21

Meczu nie będzie Za to dowiecie się w jakiej dziedzinie polscy ojcowie nie ustępują pola szwedzkim tatusiom!


Szwecja to kraj słynący z równouprawnienia na wielu płaszczyznach, w tym również w zakresie opieki nad dziećmi. Aż 85% ojców korzysta tam z urlopu tacierzyńskiego. Szwedzkim ojcom przysługuje aż 480 dni (czyli 16 miesięcy!) płatnego urlopu rodzicielskiego, który mogą według uznania podzielić z partnerką.

Oto fragment książki „Szwedzi. Ciepło na północy” Katarzyny Molędy:

Legendarni już szwedzcy tatusiowie z wózkami to codzienny obrazek. Czasem idzie taka grupa przystojniaków, w dżinsach rurkach, kurtkach parkach i świeżych blond pasemkach, każdy z wózkiem, i przysiadają gdzieś na kawę pogadać. Piękny widok. Ojcowie (w przepisach to „drugi rodzic”, bo są i pary jednopłciowe) mają zagwarantowane dwa miesiące urlopu rodzicielskiego. Resztę – a w sumie jest czterysta osiemdziesiąt dni do dyspozycji plus dziesięć dni wolnego dla ojca po narodzinach dziecka – para dzieli jak chce.

prawa ojca

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, książkę możecie kupić TUTAJ.


Czym polscy ojcowie dorównują szwedzkim? Zaangażowaniem! Może nie pod względem ilości (ze względu na brak tak rewelacyjnego urlopu), ale pod względem jakości czasu spędzanego z dziećmi – na pewno. Ich szczere zaangażowanie należy docenić tym bardziej, że w Polsce brak zarówno sprzyjających ojcom przepisów, jak i presji społecznej, którą coraz wyraźniej widać w szwedzkim społeczeństwie. Coraz częściej, z uśmiechem na twarzy, obserwuję dobre chęci polskich ojców.

Co istotne, nie dotyczy to tylko tych, którzy „mogą sobie na to pozwolić”. Dla chcącego nic trudnego. Czas się znajdzie. Codziennie przez kilka godzin krążę po osiedlu spacerując z Irenką. Ot, zwykłe blokowisko z początku lat 80-tych, bez ogrodzeń, ochroniarzy i kamer. Codziennie widzę tu fantastycznych ojców. Z wózkami, chustami, nosidełkami, z dziećmi na rowerach i na placach zabaw. Zimą spotkałam tatę-alpinistę, który kolejno puszczał swoich trzech synów na skuty grubym lodem staw, po tym jak przewiązał ich w pasie grubą liną. Wczoraj w parku zauważyłam ojca, który przez kilka bitych godzin grał w bule z dwiema rozszczebiotanymi córeczkami.

Przyglądam się takim obrazkom z ciekawością i podziwem, bo to wciąż nie jest norma. Wkrótce jednak przestaniemy postrzegać tatę jako tego, który tylko „pomaga” kobiecie w opiece nad dziećmi i w prowadzeniu domu. Oswoimy się z faktem, że jako ojciec (a może po prostu jako „jeden z rodziców”, aby uniknąć wartościowania) ma równe obowiązki, a także równe prawa.

Teoretycznie polski ojciec może podzielić się z partnerką częścią urlopu macierzyńskiego, a potem urlopem rodzicielskim i wychowawczym. Teoretycznie. Bo w rzeczywistości kłody pod nogi rzucają mu pracodawcy, którzy kompletnie nie spodziewają się takiego obrotu sprawy. Mają problem nawet wtedy, gdy młody tata chce wykorzystać 2 tygodnie urlopu ojcowskiego, przysługujące mu jak psu buda. Kiedy znajomy chciał je wykorzystać, usłyszał od skrzywionego przełożonego „a po co ci to?”. Skoro problem stanowią dodatkowe głupie 2 tygodnie, to o kilku miesiącach nie ma co marzyć. Tyle w temacie.

To stanowi oczywistą, podstawową przeszkodę dla ojców chcących mocniej zaangażować się w opiekę nad dziećmi. Bo takich ojców jest mnóstwo, problem nie leży w ich braku chęci. Leży natomiast w nastawieniu polskich pracodawców. Urlop tacierzyński postrzegany jest jako fanaberia, zbędny przywilej, a nie coś, co stanowi wartość i co się należy.

To nie jest „urlop na przewijanie pieluch”. Polscy ojcowie zderzają się w tej sytuacji z podobnymi stereotypami, jak w przypadku mężczyzn pracujących w przedszkolu (klik: Pan przedszkolanek) – że opieka nad dziećmi to zajęcie mało męskie i wstydliwe. Tymczasem zaangażowany tata to powód do dumy, a nie wstydu. Kto sądzi inaczej, niech się puknie w łepetynę. Rola taty jest nie do przecenienia.

Wierzę, że pomimo mniej sprzyjających warunków, polscy ojcowie dają radę na równi z tymi z krajów skandynawskich. Mają niesamowite pomysły na pokazanie dzieciom świata i po mistrzowsku ogarniają codzienność, łącznie z pleceniem warkoczy i praniem eko-pieluch. Ba, w  wielu sytuacjach radzą sobie lepiej niż matki!

A dzisiejszy tekst dedykuję mojemu Mężowi. Napisałam go tylko dzięki temu, że zabrał Irenkę na spacer

Miłego dnia!

Renia-podpis

Chcesz być na bieżąco?
Polub blog na Facebooku:

To również może Cię zainteresować:




Spodobało Ci się?
Będzie mi miło, jeśli polubisz lub udostępnisz 
ten tekst:


…albo zostawisz komentarz poniżej ↓
Dziękuję!



Fot. tytułowa – Tobias Bill (The Swedish Dad photo book)

Poprzedni wpis
Następny wpis

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)