Czy silna więź z rodzicami może zahamować rozwój samodzielności dziecka? Fenomen rodzicielstwa bliskości Mama

Właśnie skończył się Międzynarodowy Tydzień Bliskości. To dobry moment, aby posypać głowę popiołem i wyznać Wam wszystko na temat bezsensownych wątpliwości, które spędzały mi sen z powiek na początku mojej rodzicielskiej drogi.

Kiedy w pierwszej ciąży zetknęłam się z terminem „rodzicielstwo bliskości” (ang. „attachment parenting”), zafascynowała mnie ta koncepcja, jej prostota i naturalność. Jednak jedna sprawa nie dawała mi spokoju i jarzyła się w mojej łepetynie jak czerwona lampka, która wkrótce przeobraziła się w uporczywego policyjnego koguta.

Moje wątpliwości związane były z angielskim terminem „attachment parenting”. Ach, ten inglisz! ;) „Attachment” to przecież „przywiązanie”. Źle się to kojarzy: ze zniewoleniem, ubezwłasnowolnieniem i taką psią wiernością.

Wszystko ładnie pięknie, ale co z samodzielnością? Zastanawiałam się, czy taka silna więź nie działa przypadkiem analogicznie jak ochronny parasol, który nad swoimi pociechami roztaczają nadopiekuńczy rodzice? Skoro dziecko jest tak mocno przywiązane do rodziców, to jak ma stać się niezależne i samodzielne? Jak ma się uwolnić, przeciąć symboliczną pępowinę i iść w świat?

Takie obawy snułam, bo jako rodzic-żółtodziób nie wiedziałam wtedy jeszcze, że więź daje siłę. Nie miałam bladego pojęcia, czym jest doskonale znany psychologom styl przywiązania oparty na poczuciu bezpieczeństwa (wiem, wiem… w Wikipedii można znaleźć różne kwiatki, ale ten artykuł jest wyjątkowo wartościowy).

Nie, nie, nie. To nie może się udać! Taki był ze mnie niewierny Tomasz. Póki nie zobaczę, nie uwierzę.

I zobaczyłam :)

Zaobserwowałam to u Romka, kiedy jeszcze był niemowlakiem. Zobaczcie na poniższym filmiku, jak działa ten mechanizm, a potem wrócimy do tematu.



Dzięki bliskiej relacji z rodzicem dziecko zyskuje poczucie bezpieczeństwa, które pozwala mu odważnie eksplorować otoczenie. Dziecko poznaje świat samodzielnie, ale tak naprawdę ma nasze wsparcie, może w każdej chwili zarządzić odwrót lub wezwać posiłki :) Im bardziej nam ufa, tym śmielsze próby i większe wyzwania podejmuje.

Obserwowałam takie zachowanie u Romka i byłam zaskoczona. Jako niemowlak niczego się nie bał. Kiedy raczkował, a potem biegał, nigdy nie wrócił do mnie z płaczem. Powiedzmy to sobie jasno: z boku wyglądało to, jakby mnie olewał :) Parł do przodu bez wahania, nie oglądając się na zatroskaną i zziajaną matkę. Robił to, bo wiedział, że jestem gdzieś tam na zapleczu, że – jak to ładnie mówią w rodzicielstwie bliskości – „jestem fizycznie i emocjonalnie dostępna”.

„Ale twardziel! Jaki on dzielny! Zobaczysz, będzie liderem!” – takie teksty słyszałam od rodziny i znajomych. Nie raz zastanawiałam się, jak takim cichym skromnisiom, co to całe życie podpierają ścianę (oczywiście mam tu na myśli Męża i mnie) udało się spłodzić takie przebojowe dziecko ;)

Dziś już myślę o tym inaczej. Być może w jakimś stopniu to kwestia charakteru, ale przede wszystkim to zasługa rodzicielstwa bliskości. „Rodzicielstwo bliskości – robisz to dobrze!” :) Taki pean na własną cześć mogłabym nasmarować flamastrem na flipcharcie, gdyby jakiś wyjątkowo natarczywy coach kazał mi stworzyć listę moich najmocniejszych stron. Przy czym mam świadomość, że cały czas się uczę – teraz już nie tyle z mądrych poradników, ile od moich dzieci, też mądrych ;)

Warto jeszcze podkreślić, że w takim „Circle of security” współodczuwamy emocje dziecka. Te dobre, kiedy poznając świat razem się dziwimy lub radośnie przeżywamy nowe przygody. I te złe, kiedy dziecko zwraca się do nas smutne lub wściekłe, a my dzięki empatii jesteśmy gotowi, aby wysłuchać i zrozumieć.

Schemat „Circle of security” doskonale ilustruje, że błędy, których powinniśmy unikać to:
• powstrzymywanie dzieci przed odkrywaniem świata, kiedy dają nam sygnał, że są na to gotowe
• utrzymywanie dziecka na dystans, gdy potrzebuje ono emocjonalnego wsparcia

Dziecko ma świadomość, że może otrzyma od nas ochronę i pocieszenie zawsze, kiedy zajdzie taka potrzeba. Wie, że zasługuje na naszą miłość i dzięki temu buduje poczucie własnej wartości i pewność siebie, a także potrafi angażować się w relacje społeczne i budować zdrowe relacje z innymi ludźmi.

Taka więź to nie smycz. To fundament, to baza, która daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala śmiało eksplorować świat.

To jest właśnie ta magia, ten fenomen :)

A sam termin „attachment” jest w tym kontekście kolokwializmem, który faktycznie może być mylący. Bardziej chodzi tu o więź, bliskość, miłość, zaufanie, harmonijne połączenie – to cechy charakterystyczne tej zdrowej relacji.

Dziś nadal jestem sceptyczna wobec kilku modnych i popularnych opinii na temat wychowania dzieci, jednak istotę więzi już rozumiem! :) Zresztą to dobrze, że jako rodzice myślimy samodzielnie i krytycznie, zamiast łykać jak młode pelikany wszystkie mądrości znalezione w poradnikach dla rodziców (nie zawsze dobrych) i rady wyszperane w sieci (nie zawsze rzetelne).

To jeszcze na koniec przypomnę 8 zasad, które pomagają budować zdrową więź dziecko-rodzice. Podoba mi się, że nie narzuca ona „jedynych słusznych” rozwiązań na temat porodu, karmienia, spania itd. To lista sformułowana przez organizację API (Attachment Parenting International, źródło).


rodzicielstwo bliskości


Te kilka punktów to taka esencja rodzicielstwa bliskości, w jego zdroworozsądkowym (a nie fanatycznym) wydaniu ;)

Mam nadzieję, że ta lista rozjaśni Wam w głowach, jeśli wpadliście dziś na bloga ot tak, z przyzwyczajenia i nie macie pojęcia o co cały ten szum z rodzicielstwem bliskości i czym ja się tu znów tak ekscytuję ;)



Co sądzicie o założeniach rodzicielstwa bliskości? Być może już je stosujecie? Mieliście na początku wątpliwości podobne do moich? Ej, powiedzcie, że tak! Bo będzie mi głupio ;)
Cmok!
.Renia-podpis

.


PS. Acha, i nie martwcie się o Irkę. Owszem, hartuję ją ile wlezie, ale w październiku już nie wychodzę z nią na balkon bez gatek ;) Te zdjęcia robiliśmy w sierpniu!


rodzicielstwo bliskości

 


Zobacz też pozostałe wpisy

na temat samodzielności dziecka:



Kino dla matek z dziećmi - sprawdź repertuar w 15 kinach w Polsce
„Grzeczne dziecko” w czasach PRL

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)

  • Droga Renia! Zgadzam się z Toba i sama obserwuję jak pozytywne jest Rodzicielstwo Bliskości. To właśnie poczucie bezpieczeństwa i wsparcia ze strony Rodziców sprawia, że Mali Ludzie lepiej odnajdują się w świecie. Dla mnie to zwyczajnie Rodzicielstwo Miłości. Niestety bardzo wielu Rodziców źle interpretuje słowo bliskość i rzeczywiście dochodzi do nadmiernego przywiazania dziecka do Rodziców, co bardzo utrudnia usamodzielnuanie się. Moim zdaniem jeśli decydujemy się już na jakiś konkretny sposób wychowania naszych dzieci to naprawdę musimy posiąść wiedzę i kształcić się w tej dziedzinie nieustannie i przez całe życie. Jedna książka, czy artykuły nawet na najlepszym blogu to za mało by wiedziec wszystko. Często jednak młodzi Rodzice idą na skróty…a Rodzicielstwo Bliskości naprawdę warto poznać blisko, heszcze bliżej :)

  • Przy pierwszym dziecku zupełnie nie rozumiałam tego całego rodzicielstwa bliskości. Teraz przy drugim jestem juz mądrzejsza ☺

  • Piękny post :) W sumie pierwszy raz usłyszałam o rodzicielstwie bliskości (a tyle się naczytałam różnych stron o rodzicielstwie) i jestem zaskoczona, że zasady, które wymieniłaś na końcu praktykuję od narodzin Piotrusia. Dla mnie poczucie bezpieczeństwa mojego Synka i okazywanie mu wsparcia na każdym kroku jest podstawą wychowania (może dlatego, że sama tego nie doświadczałam i wiem od bliskich, że moi rodzice nie dawali mi tego od samego początku). Mam wrażenie jednak, że mąż czy dziadkowie tego nie rozumieją – oni najchętniej we wszystkim by wyręczali synka. Gdy on ćwiczy i chce sam obrócić się na brzuszek, denerwując się przy tym, że od razu się nie udaje, nie chcą pozwolić mu próbować dalej, od razu sami go przekręcają. Ja mu pomagam, asekuruję, kolokwialnie „lekko popchnę” we właściwym kierunku, a on sobie radzi sam – jego uśmiech na końcu jest bezcenny, tak jak i postępy które robi każdego dnia. To tylko jeden z wielu przykładów życia codziennego. Mamą jestem dopiero od niecałych 5 miesięcy, mam nadzieję, że uda mi się te zasady utrzymać jak najdłużej (oby na zawsze).

  • To takie proste! A właśnie zastanawiałam się, dlaczego mój 9-miesięczny Jasiek z taką odwagą eksoloruje przestrzeń – nie straszna mu ciemna łazienka ani pusty pokój. Nawet mnie to ciut zaniepokoiło, bo pamiętam jak na studiach uczyli mnie, że dziecko podczas takich wypraw często wraca do mamy aby się upewnić, że wszystko ok. A ten nasz syn taki odważny, nie wraca do mamy co chwilę… Z mężem staramy się, zresztą zupełnie naturalnie, praktykować rodzicielstwo bliskości. I w takim razie widzę właśnie pierwszy efekt!;-)

  • A wiesz, że miałam (mam?) te same obawy? Ale postanowiłam je olać i działałam zgodnie ze swoim instynktem. Na dobre nam to wyszło! Do tego Twój wpis utwierdził mnie w tym, że dobrze robię i że nie jestem sama :)

  • U mnie rodzicielstwo bliskości wyszło jakoś intuicyjnie. Najpierw nieświadomie zaczęłam je stosować, a dopiero potem się o tym dowiedziałam i zaczęłam zgłębiać temat ;)

  • e-milka

    U mnie podobnie jak u Milki – wlasciwie nigdy nie zglebialam teoretycznych postaw, ale wiedzialam, jak mniej wiecej chce, by wygladaly moje relacje z dzieckiem. Tak, z tym pozwalaniem na pojscie w swiat to trudny akt balansowania na linie. Sztuka jest rowniez pozwolic dziecku wrocic, bez sakramentalnego „a nie mowilam”. Patrze z ukrywanym przerazeniem na mojego jeszcze trzylatka, jak kroi gruszke ostrym nozem. Jestem gotowa do skoku, ale pozwolilam mu przeciez, tak sie cieszyl, ze robi „ciasto”. Czekam. Pomagam – mowie „Wez ta deseczke, lepiej na stole, na szafce za wysoko”. Ukroi kilka kawalkow, dumny jak paw, a potem – „Mamo, juz nie mam sily, pokroisz dalej?” Raz sie jednak „dziabnal” – „Nic to, mowie, wezmiemy „flaszczak” z misiami, zagoi sie.”
    Albo corka, wtedy osmiolatka chciala wrocic sama ze szkoly. W mojej glowie tysiace mysli, ale jedna „Nie jestem na to gotowa”. Zgodzilismy sie, maz wszedl w role cichociemnego, zeby nie widziala, zeby nie podwadzic jej pewnosci siebie. Poszlo rewelacyjnie, nawet bulke sobie kupila w sklepie, tu tez duma. Pytam – „I co jutro tez chcesz sama?” – „A wiesz, mamo, jutro nie, ale bede kiedys jeszcze mogla?” „No pewnie” (usmiecham sie, ale ulga :)) Pozwolic odejsc, pozwolic wrocic, niech czuja ta moc, ale niech to beda tez ich decyzje.

  • Ja myślę, że każdy rodzic stosuje się do tych zasad, w mniejszym lub większym stopniu. Jeśli nie, to będę zszokowany ;-)