Dlaczego przed drugim porodem podpisałam umowę z położną?
Opieka położnej podczas porodu to jeden ze standardów opieki okołoporodowej refundowany przez NFZ. To dlatego tak wiele wątpliwości budzą indywidualne umowy z położnymi. Płacić czy nie płacić? Oto jest pytanie!
Bardzo istotny jest kontekst podejmowanej decyzji – w moim przypadku jest nim traumatyczny pierwszy poród.

Niniejszy wpis jest uzupełnieniem tekstu „Położna przy porodzie – płacić czy nie płacić?”, w którym zebrałam wszystkie argumenty ZA i PRZECIW. Przeczytajcie koniecznie, jeśli również musicie podjąć tę decyzję.

.

Położna przy porodzie – płacić czy nie płacić?

.

.

Pierwszy poród mnie rozczarował, i to bardzo. Długo nie mogłam się po nim pozbierać. Przyćmił mi radość pierwszych miesięcy macierzyństwa – tego nie jestem w stanie wybaczyć. Ponadto na dobre zasiał we mnie strach przed kolejną ciążą i porodem, jednak, jak wiecie, jakoś się z tym uporałam i wkrótce zostanę podwójną mamą

W skrócie mój pierwszy poród wyglądał następująco: regularne skurcze od 10 rano, leżenie pod KTG od 20 i nagłe cesarskie cięcie o 3 w nocy. O cc zdecydowano ze względu na podejrzenie infekcji wewnątrzmacicznej i „zagrażającą wewnątrzmaciczną zamartwicę płodu”. Jednak jak się potem okazało, żadnej infekcji nie było (pomimo że poziom białka C-reaktywnego CRP przekroczył normę 32-krotnie). Ordynator stwierdził, że mój organizm mógł w ten sposób zareagować na stres.

A skąd ten stres wynikał? Między innymi z niekompetencji personelu i szeregu wpadek, których byłam świadkiem.

Przez ostatnie lata (w kwietniu miną cztery), wielokrotnie zastanawiałam się, czy moje rozczarowanie porodem i postrzeganie pobytu w szpitalu jako traumy nie wynika przypadkiem z wygórowanych wymagań? Z tego, że będąc w ciąży z Synkiem tyle się naczytałam o prawach pacjentki, o zaletach porodu siłami natury, o wadach niektórych interwencji medycznych, o obowiązujących standardach opieki okołoporodowej itd. Czy w związku z tym nie miałam jakiejś nierealnej, wyidealizowanej wizji porodu i wygórowanych wymagań wobec szpitala?

Nie.

Bo czy wygórowanym wymaganiem jest, żeby zapytana co najmniej trzykrotnie pielęgniarka udzieliła informacji na temat prawidłowego sposobu podania czopka na złagodzenie skurczy? 

Czy wygórowanym oczekiwaniem jest wyrażenie przez pacjentkę zgody na przebicie pęcherza płodowego? Zgodnie z obowiązującymi standardami opieki okołoporodowej to procedura medyczna, która powinna odbyć się za zgodą pacjentki, a nie potajemnie, podczas badania ginekologicznego, tylko po to, żeby przed nocną zmianą „przerzucić” pacjentkę z patologii ciąży na oddział porodowy.

Albo czy wygórowanym wymaganiem jest prośba tak prozaiczna, jak pójście do toalety, kiedy personel od kilku godzin trzyma pacjentkę pod KTG (bo potrzebują 20 minut „dobrego” zapisu, żeby iść spać), jednocześnie bez opamiętania pojąc ją wodą?

Czy nie mam prawa domagać się informacji na temat stanu zdrowia dziecka, kiedy po cc na salę operacyjną wszystkim pozostałym pacjentkom przywożą dzieci do karmienia, a ja przez kilka godzin, pomimo wielu próśb i pytań, nie mam żadnego odzewu? 

Czy wygórowanym oczekiwaniem jest traktowanie pacjentki po operacji jak człowieka, a nie jak warzywo, bo „jest pod wpływem leków, więc i tak nic nie będzie pamiętać”?

Ponadto odkąd przyjęto mnie do szpitala, personel KAŻDEGO oddziału (Izby Przyjęć, Patologii Ciąży i Oddziału Operacyjnego) kłócił się dosłownie nad moją głową. A niech się kłócą, proszę bardzo! Ale na zapleczu, w dyżurce, a nie w obecności rodzącej, potęgując jej poczucie zagrożenia.

Czy normalna jest widoczna gołym okiem rywalizacja pomiędzy oddziałami? Podlizywanie się przez pielęgniarkę: „panie doktorze, wezwaliśmy na kontrolę do pacjentki tę pindę z porodówki, żeby mógł się pan wyspać”. Acha, to po to są nocne dyżury – żeby się wyspać. Bo przecież nie po to, żeby wykonywać swoje obowiązki i uczciwie zarabiać na pensję.

Pomimo bardzo pozytywnego nastawienia do porodu, mój pobyt w szpitalu okazał się nieprzerwanym pasmem takich incydentów. Mogłabym przymknąć oko, gdyby spotkała mnie tylko jedna z tych rzeczy. Jednak spotkały mnie wszystkie, poza tym wymieniam tylko grubsze wpadki. Małym pikusiem jest: 

• Zakładanie cewnika na żywca, bez słowa ostrzeżenia, co zaraz nastąpi

• Pozostawianie pacjentki z podejrzeniem stanu przedrzucawkowego na wózku inwalidzkim na kilkanaście minut samej na korytarzu o 3 w nocy

• Fakt, że przez 14 godzin, które upłynęły od mojego przyjazdu do szpitala do decyzji o cc, nikt nawet nie zerknął do mojego planu porodu to również mały pikuś. Warto podkreślić, że plan porodu nie jest żadną fanaberią wymagających pacjentek, lecz oficjalnym dokumentem, którego formularz szpital udostępnia na stronie internetowej i zaleca wypełniać przed przyjęciem do szpitala. 

• Skrócenie kontaktu „skóra do skóry” z 2 godzin do 30 sekund, pomimo, że Synek urodził się zdrowy, dostał 10 pkt i nie miał absolutnie żadnych problemów.

Mogłabym jeszcze długo wymieniać pomniejsze błędy personelu, ale wolę przejść do kolejnej ważnej sprawy. Bo jeśli myślicie, że po zabiegu cesarskiego cięcia już wszystko poszło gładko, to jesteście w błędzie. Dopiero wtedy zaczął się dla mnie prawdziwy koszmar. Wcześniej niekompetencja personelu odbijała się „tylko” na mnie i jakoś to zniosłam. Ale teraz zagrożone było również moje dziecko.

płatna położna przy porodzie

Ze względu na podejrzenie infekcji wewnątrzmacicznej, nasz Syn trafił na oddział noworodków i przez tydzień profilaktycznie otrzymywał antybiotyk. Po 10 dniach wyniki wymazu wykazały, że żadnej infekcji nie było, ale trudno, profilaktyka to profilaktyka. 

Syn leżał na oddziale noworodków, w izolatce, wraz z czwórką innych maluchów. Na tym samym oddziale, na większej sali, był personel. W izolatce go nie było. Teoretycznie powinna tam siedzieć jedna pielęgniarka i czuwać nad stanem maluchów, zapisami urządzeń monitorujących, wypełniać dokumentację, przewijać, doglądać, rozmawiać z rodzicami itd. Spędziłam tam ponad tydzień, więc widziałam wiele zmian i zaledwie garstka pielęgniarek robiła to, co do nich należało. Jedna, może dwie. Pozostałe wolały przesiadywać w pokoju socjalnym plotkując, pijąc kawkę i wpieprzając kanapki, ewentualnie zaglądać do koleżanek do drugiej sali. 

Doszło do tego, że kiedy przesiadywałam u Synka, przystawiając go na długie godziny do piersi, żeby rozkręcić laktację, przy okazji sprawowałam opiekę nad pozostałą czwórką maluchów. Alarmowałam pielęgniarki, kiedy urządzenia monitorujące ich funkcje życiowe zaczynały pikać jak szalone i NIKT nie reagował. Na szczęście zazwyczaj okazywało się, że maluszkowi odkleił się jeden z czujników i to było przyczyną alarmu. Ale jak pielęgniarka, siedząc w pokoju socjalnym, może stwierdzić czy to odklejony czujnik czy rzeczywiste zagrożenie życia? Nie może.

Po jakimś czasie nauczyłam się przyklejać te czujniki dzieciakom. Wielokrotnie poprawiałam też papierowe okularki, które podczas naświetleń zakładano maluchom z żółtaczką. Te okularki notorycznie zsuwały się z małych główek, dzieciaki płakały wtedy wniebogłosy. Nawiasem mówiąc, płakały też z wielu innych powodów, a jeśli w pobliżu nie było rodziców, na ten płacz nikt nie reagował. Ot, zawodowa znieczulica.

Byłam świadkiem sytuacji, kiedy jedna z pielęgniarek najzwyczajniej w świecie zapomniała założyć te okularki, włączając nad dzieckiem lampę. Kiedy zwróciłam jej uwagę, że dziecko leży bez okularów i płacze, udawała, że nic się nie stało. A przecież naświetlania mogą trwale uszkodzić wzrok takiego malucha. Nie wiem, jak długo to trwało, zanim przyszłam do Synka. Po tym, co zobaczyłam, cieszę się, że R nie miał żółtaczki. Żałuję, że nie udało mi się porozmawiać z rodzicami tamtego malucha. Mam nadzieję, że nie ma teraz problemów ze wzrokiem.

Nie jestem z tych roszczeniowych, przebojowych i asertywnych i czasem tego żałuję. Żałuję, że nie napisałam skargi na tamtą pielęgniarkę. Bez dwóch zdań zasługiwała na to. Nie było jej na sali przez 99% czasu, a dzieci traktowała jak kukły. To podczas jej zmiany zdarzyło się najwięcej sytuacji zagrażających zdrowiu maluszków. A kiedy zdała sobie sprawę, że ją wyręczam i mam masę dowodów na to, że zaniedbuje swoje obowiązki, zaczęła wyganiać mnie z oddziału noworodków na oddział połogowy. Kiedy chcąc rozkręcić laktację, przez godzinę karmiłam Synka, gderała w kółko: „Jak długo pani go tak trzyma? Już wystarczy! Za dobrze mu jest! Proszę wracać na oddział!” 

Myślicie, ze odpuściłam? Nie. Nie, kiedy na zmianie był ten babsztyl. Autentycznie bałam się o swoje dziecko. Codziennie prosiłam pediatrę, żeby wypisali Synka i pozwolili mu być ze mną na sali. Kiedy po raz kolejny okazywało się to niemożliwe, a po chwili dowiadywałam się, że tego dnia zmianę ma moja „ulubiona” pielęgniarka, ogarniał mnie blady strach i murem siedziałam przy Synku.

W takiej sytuacji pacjentka, która teoretycznie powinna leżeć i wypoczywać po porodzie, zmienia się w lwicę  nie śpi przez dwie doby.

Wszystko to było niewskazane po cesarskim cięciu, które jakby nie patrzeć, jest poważną operacją. Ze względu na cały ten stres i wysiłek nie goiłam się najlepiej. Wszystko zaczęło się układać dopiero wtedy, gdy wróciliśmy do domu po 7 dobach od przyjęcia. 

Fatalna opieka na oddziale noworodków wprawdzie nie ma żadnego związku z faktem, że nie podpisałam umowy z położną. Jednak od tamtej pory cały czas „gdybam”, że gdybym ją podpisała, nie byłabym świadkiem tych wszystkich zaniedbań, dowodów niekompetencji i jawnego łamania praw pacjenta na Izbie Przyjęć i Oddziale Patologii Ciąży, a poród potoczyłby się inaczej i nasz Synek od początku byłby ze mną.

Do oddziału porodowego i położniczego nie mam żadnych zastrzeżeń. Większość kobiet trafia tylko tam – to taka „standardowa ścieżka”, więc zapewne to te dwa oddziały są wizytówką szpitala i pracują na jego dobrą opinię. Jednak Oddział Patologii Ciąży, Operacyjny, Pooperacyjny i Noworodków to już inna bajka. A to wszystko z szpitalu, który przoduje w rankingach i jest wysoko oceniony przez Fundację Rodzić po Ludzku i oblegany przez ciężarne pacjentki. To taka mekka świadomych kobiet i fabryka warszawskich noworodków.


Podsumowując, uważam, że warto podpisać umowę z położną. Ze względu na traumatyczny pierwszy poród planuję rodzić w innym szpitalu, dmuchać na zimne i na wszelki wypadek zagwarantować sobie indywidualną opiekę wybranej przeze mnie położnej. Jestem tak pewna tej decyzji, że wybrałam położną i podpisałam z nią umowę już w 20 tygodniu ciąży. 

Cena tej usługi może wydawać się wysoka – w zależności od miasta i szpitala to kwota rzędu 500-3000 zł. Jednak tak naprawdę opieka położnej jest inwestycją, która procentuje. Taką opinię słyszałam od wielu kobiet korzystających z tej usługi i mając w pamięci mój pierwszy poród wierzę, że tak jest. Po więcej argumentów „za” odsyłam Was do tego tekstu.

W dużej mierze to od położnej zależy, jak będzie wyglądał Wasz poród i jak będziecie go wspominać. Warto mieć w szpitalu chociaż jedną „przyjazną duszę”, nawet jeśli jest to dusza opłacona
Nie proszę Was, żebyście dzieliły się swoimi porodowymi historiami.
Wiem, że dla wielu Mam to bardzo trudne – mnie samej ogarnięcie tematu zajęło prawie 4 lata. Jednak chętnie poznam Wasze zdanie na temat płatnej opieki położnej podczas porodu siłami natury – jak myślicie: płacić czy nie? Oto jest pytanie

podpis01_200px cut


Zdjęcie tytułowe to screen z serialu Call the Midwife, który opowiada o pracy położnych w latach 50-tych w londyńskim East End. Serial bywa dość drastyczny, niemniej warto go obejrzeć!

callthe-midwife

Poprzedni wpis
Następny wpis

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)

Inline
Inline