Synu, błagam, ten jeden raz ugryź się w język!
Już dawno nie najadłam się tyle wstydu! A jednocześnie dawno się tak nie uśmiałam (wszak tylko dystans może nas uratować, zwłaszcza kiedy zostajemy rodzicami).
 
Ostatnie dni spędziliśmy na Mazurach. Fajną kwaterę, wyposażoną z myślą o rodzinach z dziećmi, znaleźliśmy dzięki Certyfikatom Okiem Mamy (polecam!). Po sąsiedzku mieszkały jeszcze dwie pary, z którymi nasz syn, Romek, zaprzyjaźnił się szybciej niż zdążycie wydyszeć „nie mogę szybciej, bo mam już 22 punkty”.
 
Napisałam „zaprzyjaźnił”? Powinnam raczej napisać „spoufalił”. Przy każdej okazji bez zahamowań komentował poczynania sąsiadów, jednocześnie zdając im emocjonującą relację na żywo z naszego urlopu. Boleśnie bogatą w szczegóły.
 
Cieszę się niezmiernie, że nasz Pierworodny jest taki rezolutny, wygadany, bezpośredni… i co tam jeszcze. Jednak są sytuacje, kiedy wolałabym, aby był gburem i milczkiem. Albo żeby chociaż przez nanosekundę zastanowił się nad tym, co chce powiedzieć. Albo, w ostateczności, żebym zawsze miała pod ręką jakiś sprytny, mało rzucający się w oczy, kieszonkowy knebel.
 
Ale do rzeczy, do rzeczy. Koniec urlopu, pakujemy się, szykujemy prowiant na drogę, wyruszamy na spożywcze łowy do Biedry w Mikołajkach.
 
Mąż już zabrał Irkę do auta, a ja tymczasem szykowałam Romka. Wysypałam piasek z crocsów, postawiłam kaptur na kancik, sprawdziłam czy plama soku na koszulce bardzo rzuca się w oczy (nie rzucała), posmarowałam ugryzienia komarów Fenistilem („mama, swędziiii!”) i zaleciłam siku na zapas.
 
Kiedy już odhaczyłam wszystkie te niezbędne do wyjścia czynności (wszak shopping w Biedronce to nie przelewki, prawie jak obiad u teściowej), wysłałam brzdąca na parking do Taty, wyjaśniając, że zaraz do nich dołączę i pojedziemy, tylko muszę jeszcze do kibelka…
 
I to był mój błąd!
 
Kiedy Syn wychodził z pokoju, przez szparę w uchylonych drzwiach dostrzegłam ICH – naszych sąsiadów. Niczego nieświadomi spokojniutko smażyli sobie w kuchni wypatroszone trofeum, które sąsiad przyniósł z porannego połowu. Kiedy tak kroczył triumfalnie wśród rabatek z aksamitkami, słyszałam w tle werble i fanfary, serio!
 
Na patelni skwierczał więc szczupak* albo inny owoc jeziora (nie wiem, nie znam się, bo przecież od lat jem tylko trawę), nasz Syn wyszedł z pokoju i mijał sąsiadów, a wszystko to działo się w zwolnionym tempie… albo po prostu to dla mnie czas jakimś cudem zwolnił. Wiedziałam, co za chwilę nastąpi!
 
Jednak w swej matczynej naiwności (a także z braku wspomnianego knebla), zaczęłam zaklinać rzeczywistość i powtarzać w głowie taką oto mantrę: „Synu, błagam, ten jeden jedyny raz ugryź się w język! Nie zaczepiaj, nie zagaduj, nie komentuj, tylko idź prościutko do Taty na parking! Proszę Cię, kochanie, zrób wyjątek i ten jeden raz zachowaj się inaczej niż zwykle…” (tak to mniej więcej leciało, choć nie pamiętam dokładnie, bo skoczyła mi adrenalina, a na myślenie miałam zaledwie kilka sekund)
 
…ale złudne i płonne me nadzieje!
 
Zamarłam za uchylonymi drzwiami. Po czym usłyszałam skierowane do sąsiadów, pełne entuzjazmu słowa mojego jedynego, ukochanego, pierworodnego syna:
 
– Jedziemy do Biedronki. Wszyscy razem. TYLKO MAMA JESZCZE ROBI KUPĘ.

Miłego dnia!
.Renia-podpis

.


Chcesz być na bieżąco?
Polub blog na Facebooku:


Spodobało Ci się?
Będzie mi miło, jeśli polubisz lub udostępnisz 
ten tekst:


…albo zostawisz komentarz poniżej 
Dziękuję!



* A szczupaki podobno dobrze biorą w jeziorze Inulec. Przeczytajcie koniecznie > KLIK. Wędkarski slang podbił moje serce, przepadłam na tej stronie na pół nocy!


Na koniec mam dla Was kilka wakacyjnych kadrów. Nieszczególnie pięknych i średnio wystylizowanych, za to bardzo realistycznych. Oto wczasy przeciętnej rodziny z dwójką małych dzieci: bajzel, chaos, #nomakeup i dobra mina do złej gry


śmieszne teksty dzieci
śmieszne teksty dzieci
śmieszne teksty dzieci
synu-blagam-04
synu-blagam-05
synu-blagam-06
synu-blagam-07
synu-blagam-08
synu-blagam-10

Prawie jak James Dean


Poprzedni wpis
Następny wpis

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)