Czy dziecko powinno znać prawdę o pochodzeniu mięsa? O edukacji przedszkolaków w Norwegii
Skandynawski Czwartek #58



Jak i kiedy wyjaśnić dziecku skąd bierze się mięso? Czy wycieczka do rzeźni to dobry pomysł? Czy taka „edukacja” przyczynia się do rozwoju empatii… czy znieczulicy? Co sądzę o kontrowersyjnej „wycieczce” norweskich przedszkolaków?

Jakiś czas temu w Gazecie Wyborczej pojawił się kontrowersyjny reportaż o norweskich przedszkolakach, które na wycieczce uczestniczyły w tradycyjnym saamskim uboju reniferów: >> Norwegia: przedszkolaki, krew na śniegu i renifery na hakach. Bo kotlety nie rosną w sklepowych lodówkach

Wiele z Was podsyłało mi link do tego artykułu w wiadomościach prywatnych z pytaniem o moją opinię – jako mamy, wegetarianki i miłośniczki Skandynawii. Ciekawa dyskusja wywiązała się również w grupie Czytelniczek bloga na Facebooku >> Matki Dzikich Dzieci (jeśli jeszcze nie należysz do tej grupy, serdecznie Cię zapraszam!).

Nie lubię przepychanek w sieci, ale burza wokół tematu już trochę ucichła, emocje opadły, więc chciałabym na spokojnie odnieść się do tematu – jako mama wege dzieciaków, zakochana w skandynawskiej kulturze.


Jako mama

Jako mama nie zabrałabym Romka i Irki na taką „wycieczkę”. Zdania rodziców i psychologów na temat tego, czy oglądanie uboju może być dla dziecka źródłem traumy, są podzielone. Ale pomijając kwestię traumy, zastanawiam się czy taki widok uczy dziecko empatii i szacunku wobec życia zwierząt oraz pochodzenia jedzenia? Czy raczej oswaja dziecko z drastycznym widokiem, krzywdzeniem słabszych i podmiotowym traktowaniem zwierząt – prowadząc do znieczulicy?

Czy dzieci pod wpływem takiej „wycieczki” zaczną szanować mięso na swoim talerzu (może nawet w przyszłości przejdą na wegetarianizm?), czy raczej staną się dzieciakami, które wyrywają owadom odnóża i torturują kota sąsiada?


Jako wegetarianka

Jako wegetarianka z prawie 20-letnim stażem i mama maluchów, które były wege „od poczęcia” uważam, że edukacja dzieci na temat pochodzenia mięsa jest potrzebna. To naturalne, że rodzic zastanawia się: czy dziecko nie jest zbyt wrażliwe na prawdę? Czy się nie przestraszy? A co jeśli odmówi jedzenia mięsa? (to pytanie dręczy zwłaszcza rodziców niejadków)

Nie doradzę Wam odpowiedniego wieku na uświadomienie dziecka. Każdy rodzic najlepiej wie, kiedy jest dobry moment, aby wyjaśnić dziecku skąd się bierze mięso. Niezależnie od wieku warto zrobić to uczciwie i szczerze. Niekoniecznie od razu zabierając dziecko do rzeźni Na rynku jest wiele książeczek dla dzieci, w przystępny sposób wyjaśniających pochodzenie mięsa i rolę zwierząt hodowlanych.

W naszym domu mięso w ogóle się nie pojawia i od samego początku mówiliśmy dzieciom prawdę o jego pochodzeniu. Problem pojawił się w przedszkolu Romka i podczas rodzinnych spotkań, ale to temat na osobny wpis (który mam w planach ).

Dziecko okłamywane po pierwsze nie ufa rodzicom, po drugie jest zdezorientowane, a po trzecie nie rozumie zjawiska śmierci, co może nasilać lęki egzystencjalne.

Taka edukacja potrzebna jest również dorosłym. W dzisiejszych czasach wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, zapakowane w folię w lodówce w sklepie. Pięknie, czysto i wygodnie.

Spotkałam się kiedyś z twierdzeniami:
• 
„Jeśli chcesz jeść mięso powinieneś mieć jaja samodzielnie je zabić. A jeśli nie masz, to nie jedz.”
• 
„Użalanie się nad cierpieniem zwierząt to hipokryzja, skoro jesz mięso.”
Trudno mi się do tego odnieść, ale faktem jest, że gdy sięgamy w sklepie po zapakowane mięso, warto pamiętać o jego pochodzeniu. Chociażby po to, żeby nie pozwolić mu zepsuć się w lodówce w naszym domu – nie marnować żywności, czyniąc śmierć zwierzęcia totalnie niepotrzebną.

To ważne, aby dzieci wiedziały, że mięso nie rośnie na drzewie i skąd bierze się na półkach w sklepie. Pamiętam, że w jednej z pierwszych książek Małgorzaty Musierowicz był taki zabawny fragment na temat budzącej się świadomości dziecka na temat pochodzenia mięsa. Nie pamiętam tylko, w której… „Małomówny i rodzina”?


Jako miłośniczka Skandynawii

Gdyby nasze warszawskie przedszkole zaproponowało dzieciom wycieczkę do rzeźni, nie zgodziłabym się. Nawet wycieczka do fabryki krówek była kontrowersyjną sprawą Jednak nie oburzam się zachowaniem Norwegów, ponieważ wycieczkę, o której mowa w tym artykule należy rozpatrywać w kontekście norweskiej kultury. Jest tu tak wiele wątków, że aby się nadmiernie nie rozpisywać, zebrałam je w punktach:

Mieszkańcy Skandynawii, w tym zwłaszcza Norwegowie, żyją w bliskim kontakcie z naturą, a miłość do niej przejawia się między innymi poprzez polowania (wiem, że brzmi to bez sensu, ale tak właśnie jest).
Jestem mgr ochrony środowiska i przez 9 lat pracowałam w tej branży. W 2015 roku (z Irenką w brzuszku ) byłam na wizycie studyjnej w Norwegii. Przez 4 dni poznawaliśmy norweski system ochrony środowiska, spotykając się z tamtejszymi służbami i wymieniając się doświadczeniami. Rozmawialiśmy również o polowaniach, problemach z przerostem populacji gatunków, brakiem dużych drapieżników, gatunkach inwazyjnych – przy czym Norwegowie nie rozumieli niektórych naszych pytań, ponieważ wiele problemów typowych dla polskiej przyrody w ogóle nie występuje w Norwegii. To również ma istotny wpływ na ich stosunek wobec polowań. Nie wspominając już o fakcie, że Norwegia nie jest tak ogołocona z lasów jak Polska, liczy zaledwie 5 mln mieszkańców, a gęstość zaludnienia jest ponad 8 razy mniejsza niż w Polsce.


Szacuje się, że 90% Norwegów ma w domu broń i poluje regularnie lub od czasu do czasu, a dzieci od małego uczestniczą w tej tradycji. Norwegowie uważają polowania za swój narodowy sport. Jakiś czas temu media oburzały się, gdy brytyjski książę William zabrał na polowanie małego George’a, tymczasem w Norwegii to codzienność. Dla dzieci, o których mowa w artykule, na pewno nie był to pierwszy kontakt ze śmiercią zwierzęcia. Cytat z artykułu: „Należy pamiętać, że oceniając takie zjawisko, musimy mieć na uwadze cały kontekst. To nie były dzieci wyrwane ze swojego codziennego środowiska i wrzucone w coś, czego kompletnie nie znają i co jest dla nich obce.”


Zastanawiam się, czy internauci oburzaliby się równie mocno, gdyby nie chodziło o piękne renifery, tylko o „zwykłe” kury, krowy lub świnie?


Z artykułu wyraźnie wynika, że takie „wycieczki” nie są powszechną praktyką w norweskich przedszkolach. Miały miejsce w kilku placówkach, a zdania Norwegów na temat zalet takiej edukacji również są podzielone.


Wspomniana wycieczka miała niewiele wspólnego z edukacją o pochodzeniu mięsa dostępnego w sklepach. Ono pochodzi przecież z zamkniętych farm, które nie oprowadzają wycieczek Mięso w sklepach nie pochodzi ze zwierząt, które biegały wolno i żyły w humanitarnych warunkach, lecz z intensywnej hodowli przemysłowej, gdzie w celu zmniejszenia kosztów zwierzęta są tuczone na minimalnej niezbędnej przestrzeni.


Ceny żywności w Norwegii są bardzo wysokie (a Oslo to najdroższe miasto świata). Nie znalazłam badań na ten temat, ale bardzo liczę na to, że wysokie ceny sprawiają, że w Norwegii nie marnuje się tyle żywności (w tym mięsa), ile w pozostałych krajach rozwiniętych. Zgodnie z zasadą „zabij tylko tyle, ile potrzebujesz”, którą kierują się dzikie zwierzęta


Wycieczka przedszkolaków z norweskiego przedszkola Granstubben ze wsi Henning to przede wszystkim edukacja na temat kultury  tradycji Saamów. Hodowla i ubój reniferów są elementami saamskiej tradycji. Jednocześnie faktem jest, że nie każdą tradycję warto kultywować Historia zna wiele niechlubnych, niehumanitarnych przykładów.


Oswajanie dzieci z trudnymi tematami jest elementem wychowania we wszystkich krajach skandynawskich – wiele ciekawych przykładów znajdziecie w książce „Duński przepis na szczęście” Iben Sandahl i Jessici Alexander. Duńczycy uważają, że porażki i cierpienie uczą nas więcej niż sukcesy. Rozmowa z dziećmi o przykrych wydarzeniach i tragediach pozwala oswoić się ze wszystkimi aspektami życia, doceniać codzienne proste przyjemności i być za nie wdzięcznym, a także rozwijać empatię i szacunek.


Według mnie jest jednak druga strona medalu: to prawda, że w norweskich przedszkolach dzieci spędzają cały dzień na świeżym powietrzu. To prawda, że w norweskim systemie edukacji stawia się na praktykę. To prawda, że doświadczenie jest najlepszą formą poznania. Jednak moim zdaniem czym innym jest kontakt z naturą, a czym innym oswajanie dzieci z przemocą wobec słabszych. Tego rodzaju „bezpośrednie doświadczenie” jest przede wszystkim oswajaniem dziecka z przemocą, cierpieniem, widokiem i zapachem krwi. To jasne, że takie dzieci będą mniej neurotyczne, bo już niejedno widziały. Pytanie, czy zależy nam na takim wychowaniu?


Oczywiście poruszeni reportażem internauci oburzają się, dyskutują, oskarżają innych o hipokryzję i odpytują z wegetarianizmu i weganizmu. Na zasadzie: „Dlaczego się oburzasz, skoro sam/sama jesz mięso? Kupowanie mięsa w sklepie to wygodnictwo!”
Ale wiecie co? Cieszy mnie wrażliwość osób, które poruszył ten reportaż. Zwłaszcza wrażliwość mięsożerców Bo jeśli u ludzi zaniknie ta empatia i wrażliwość (nazywana „hipokryzją”) to co nam pozostanie? Czy chcielibyście żyć w takim społeczeństwie?
I kolejne pytanie: kogo chcemy wychować? Twarde dzieciaki, oswojone z widokiem krwi i cierpienia, które co weekend wyciągają nas na wycieczkę do rzeźni? Czy empatia i współczucie wobec słabszych nie są ważniejsze, niezależnie od tego co masz na talerzu?

Jak myślicie? Dajcie znać w komentarzach.


Miłego dnia!

Renia-podpis



Podobało się? Będzie mi przemiło, jeśli polubisz lub udostępnisz ten artykuł:



Chcesz być na bieżąco?
Polub blog na Facebooku:

Przeczytaj koniecznie:
 Pocieszając płaczące dziecko, zwiększasz jego odporność na stres w dorosłym życiu
 8 naukowych faktów o więzi mamy i dziecka: noszenie i bliskość, mentalizacja, zsynchronizowane mózgi i inne najnowsze badania
 Priorytetem w rozwoju noworodka i niemowlęcia NIE jest ruch – wywiad z fizjoterapeutą Pawłem Zawitkowskim
 10 popularnych mitów na temat Rodzicielstwa Bliskości
 Jeden ważny powód, aby nie zmuszać dzieci do jedzenia, ubierania się i rozdawania buziaków
 Synu, błagam, ten jeden raz ugryź się w język!
 10 dowodów na to, że moda skandynawska to styl idealny dla matek


Poprzedni wpis
Następny wpis

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)

Inline
Inline