SONY DSC
Co by było, gdyby rodzicielstwo bliskości nie istniało?

W czasie pierwszej ciąży zaczytywałam się tzw. literaturą fachową. To wtedy zdobyłam wiedzę teoretyczną na temat rodzicielstwa bliskości (dalej RB).
W macierzyństwo wkroczyłam więc uzbrojona w mgliste postanowienia dotyczące reagowania na potrzeby dziecka i komunikację z nim, a także w potwierdzone badaniami, niezliczone zalety wspólnego spania, karmienia piersią, noszenia w chuście itd. W kolejnych miesiącach teorię uzupełniłam o praktykę, już z maluchem w chuście. Nie miałam więc momentu nagłego olśnienia, zwrotu akcji czy wyrzutów sumienia, że „wszystko dotąd robiłam źle”.

Jednak czasem się zastanawiam: co zrobiłabym inaczej, gdybym nigdy nie usłyszała o rodzicielstwie bliskości? A raczej: czy cokolwiek zrobiłabym inaczej?

Pewnie nie ma się czym chwalić, ale filarami mojego macierzyństwa są 3 przywary:


LENISTWO

A myślicie, że dlaczego karmiłam piersią i spałam z dzieckiem? Bo było to najprostsze, najwygodniejsze rozwiązanie! Pójście po linii najmniejszego oporu. Nie chciało mi się zgłębiać świata mieszanek, wyparzać butelek, smoczków, nosić ze sobą tego całego arsenału… Nie chciało mi się nasłuchiwać w nocy, wstawać, nosić, bujać, zaklinać i hałasować odkurzaczem. 

Okej, dobro dziecka też było gdzieś tam istotne Czytałam przecież wyniki badań jednoznacznie wskazujących, że zarówno karmienie piersią, jak i wspólne spanie to same korzyści.

Jednak nawet gdyby tysiące naukowców jednoznacznie potwierdziło, że to butla jest tym jedynym słusznym rozwiązaniem, ja i tak wybrałabym lenistwo i karmienie piersią


EGOIZM

Dlaczego tuliłam Synka bez opamiętania? Dlaczego nosiłam ponad 10-cio kilogramowego klocka, nadwyrężając kręgosłup i masakrując stawy biodrowe? Dlaczego przywiązywałam go do siebie chustą i dociągałam ją z całych sił?

Wcale nie dlatego, że chciałam osiągnąć perfekcję w chustonoszeniu, certyfikat ClauWi czy status Chustoguru na branżowym forum…

Po prostu chciałam się nacieszyć mym Potomkiem! Nawąchać tego cudownego zapachu. Nacałować niewidzialnych włosków. Napatrzeć w ogromne oczy. Nasłuchać spokojnego oddechu podczas snu.

SONY DSC

Zbyt szybko noworodki zmieniają się w niemowlaki, potem w przedszkolaki, a potem to już rzut beretem do osiemnastki. Słodki Syneczek w oka mgnieniu zmieni się w zarośniętego faceta. Nie w głowie mu będą Twoje buziaki i przytulasy. Ani się obejrzysz, a dziecko wyfrunie Ci z domu i wróci z własną rodziną na niedzielny obiad! C’est la vie.

No dobra, od czasu do czasu był też inny, bardziej prozaiczny powód całej tej bliskości: kiedy Potomek marudził i stękał, kierowana czystym egoizmem i przemożnym pragnieniem świętego spokoju wkładałam go do chusty, aby po prostu się przymknął
A ponieważ dla świętego spokoju jestem w stanie zrobić wiele, na scenę wkraczają…


BEZTROSKA I APATIA, nie mylić z EMPATIĄ

Dlaczego moje dziecko jest takie samodzielne i odważne?  Myślicie, że staję na rzęsach, ambitnie walczę o kolejne sukcesy, pnę się zawzięcie po drabinie etapów rozwoju, ciągnąc za sobą średnio uzdolnione dziecko?
Albo dlaczego moje dziecko hasa po świecie takie wiecznie zadowolone? Czyżby było tak bardzo zadbane, wysłuchane i zrozumiane? Myślicie, że wnikliwie analizuję motywy kierujące moim Synem i z bijącym sercem wsłuchuję się w jego potrzeby?

A gdzie tam! To w żadnym wypadku nie są efekty empatii. Ani tym bardziej ambicji

W domu jestem stoikiem, mega beztroskim, może nawet apatycznym. Z czego to wynika? W mojej pracy niemal codziennie panuje napięta atmosfera, ogromna presja, permanentna mobilizacja. A efekty tych napięć latają w biurowym powietrzu w postaci wyładowań, awantur i przekleństw. Jasne, to wszystko po to, aby wykonać kawał dobrej roboty… ale jednocześnie dać z siebie wszystko, wyprztykać się do cna z energii, kreatywności i zaangażowania…

Właśnie dlatego jedyne, o czym marzę po powrocie do domu, to ŚWIĘTY SPOKÓJ. Jestem w stanie znieść naprawdę wiele, aby utrzymać ten piękny stan! Jestem łagodna, wyrozumiała, czasem może nawet zbyt pobłażliwa. Reaguję ze stoickim spokojem na zastane zniszczenia i zgliszcza, cierpliwie wysłuchuję skarg i zażaleń, a także beztrosko pozwalam na samodzielność zawsze, kiedy jest ku temu okazja.

Odpuszczam co się da: dziecku, mężowi, lecz przede wszystkim sobie. Leżę na kanapie do góry brzuchem, a moje dziecko gdzieś tam obok się rozwija


Ej, Drogie Mamy, na pewno bez problemu wyczułyście, że dzisiejszy tekst napisałam z dużym przymrużeniem oka? Mój Mąż tego nie rozgryzł, wyobrażacie sobie?! Dlatego wolę się upewnić…
A wracając do matczynych trików, jakie wady udało Wam się przekuć w zalety? Bywacie takimi niecnymi spryciulami? Jakie są Wasze sposoby na święty spokój i leżenie do góry brzuchem?


podpis03_200px cut


Przeczytajcie również: Rodzicielstwo bliskości – jak się nie zniechęcić?


SONY DSC

Poprzedni wpis
Następny wpis

Miłośniczka drapania po pleckach. Matka, która odpuściła. Zamiast rodzicielskiej spiny i perfekcjonizmu woli święty spokój, puzzle, skakanie po kałużach i książki Astrid Lindgren. Mieszka w Warszawie, ale pisze o Skandynawii, którą kocha, lubi, szanuje... i odwiedza kiedy tylko ma okazję. Szczęśliwa żona mężczyzny z dalekiej północy. Rozpieszcza na potęgę - głównie siebie i męża... a dzieci tylko od czasu do czasu :)

Inline
Inline